W święta było gwarnie, wesoło, syto. Było ranne wstawanie, bo małe stópki nie mogły się doczekać pod drzwiami kiedy ciocia - czyli ja - wstanie... było krzątanie się między kuchnią a pokojem i ciągłe zmienianie talerzy na świątecznym stole, bo albo długie śniadania przeciągały się prawie do obiadu, a potem ciasto no i kolacją też musiała być, bo przecież ktoś może być głodny ( tak sądziła moja mama :-)). W chwilach gdy można było przysiąść na chwilę na rogu fotela , bo albo wszyscy już byli syci do granic możliwości, albo dzieci dały na chwilę odpocząć od czytania , grania w gry, rysowania, był czas na rozmowy, wspomnienia...
Mogłabym napisać że było idealnie i nie pisać o moich przedświątecznych potknięciach, i świątecznym zmęczeniu, ale dlaczego nie? Przecież, tak jak w życiu, nie zawsze jest jak sobie wymarzymy, a drobne niepowodzenia mamy wpisane w życiorys co nie znaczy że mamy przez to rwać włosy z głowy ( ja już bym była łysa :-)). Powoli odpuszczam i już pisałam kiedyś, przestaję się napinać ( a ściślej mówiąc ciągle się tego uczę ) .

W tym całym świątecznym rozgardiaszu gdzieś umknęły chwile dla siebie.
Teraz już wszyscy wyjechali , po gościach zostały miłe wspomnienia , po ciastach tylko okruchy no i co najważniejsze mam czas dla siebie. Teraz mogę zauroczyć się choinką ubraną na biało z domieszka różu i błyszczącymi światełkami na parapecie. Nóżkami do góry leżę i wspominam , słucham kolęd teraz odpoczywam i jeszcze prawdziwie świętuję :-).


















































