Obie krzątamy się po ogrodzie wśród roślin i donic . Przesypujemy ziemię , kopiemy dołki...Gdy kolejna donica obsadzona białymi kwiatkami a skrzynka "milionem dzwonków" ( mam nadzieję ze latem pojawi się na tej roślinie o tak wdzięcznej nazwie milion kwiatów) prostuję plecy i podchodzę do płotu. Sąsiadka, bo o niej piszę, lekko się uśmiecha. Mówimy coś o pogodzie , minionych przymrozkach...trzech zimnych ogrodnikach...chwastach , że ciągle rosną...nasionkach, że takie małe... sadzeniu, sianiu , pieleniu potem podlewaniu i robocie bez końca i zadajemy w końcu pytanie : po co my to robimy? Czas ucieka, klecę szybko banalną odpowiedź, że przecież chcemy żeby było ładnie i zmykam do swoich czekających na posadzenie stokrotek a sąsiadka do swoich pelargonii.
Pochylam się nad kolejną donicą, mieszam ziemię i pytam samą siebie : po co ja to robię? Bo nie oszukujmy się, ale grzebanie w ziemi nie jest tym, co lubię najbardziej na świecie.
Ale lubię widok kolorowej wiosny w ogrodzie, zapach maciejki w letni wieczór , smak pomidora zerwanego prosto z krzaka jesienią. A plusk wody w fontannie , którą dzisiaj zamontowałam - bezcenny :-).


















































