Chce się żyć gdy w końcu niebo przestaje płakać a przez okno do domu zagląda nieśmiało słońce. Szkoda tylko, że czasu ciągle mało aby docenić chwile jeszcze letniej pogody bo za progiem już jesień.
Rwę czas na strzępki. Jak to strzępki większe mniejsze, ale zawsze jakoś tak niepoukładane. Bo to jeszcze pies czeka na spacer, ...włosy trzeba upleść w warkocz, ... herbata stygnie na stole, ... autobus nie będzie czekał więc zjadam śniadanie w trzy minuty i biegnę zerkając w lusterko, ... siaty ze sklepu trzeba przynieść, ... okulista się o mnie pyta, bo jakoś tak w oddali wszystko zamazane, ... dzwoni telefon i rozmowa przedłuża się do niebotycznych rozmiarów, ... ciasto czeka w piekarniku na wyjęcie, ... szykuje się jakiś wyjazd więc torbę trzeba spakować, ... I tak bez końca. Sprawy , sprawki, spraweczki... Ciągle w biegu.
Dobrze że był urlop. Zwolniłam.
Słuchałam szumu fal...
Dostrzegłam zachód słońca...
Cieszyłam się śmiechem dzieci i spotkaniami rodzinnymi , które są bezcenne.
Znowu przypomniałam sobie smak rozgryzanych, dojrzałych ziaren zboża.
Poczułam zapach rosnących w ogrodzie ogórków i maciejki. Odkryłam na nowo piękno nagietków i groszku pachnącego.
Urlop przeminął ale ja nadal w wolnych chwilach cieszę się słońcem, błękitem nieba i otaczającą mnie zielenią.
Życie w blogosferze jakoś ucichło więc tym bardziej dziękuję że zaglądacie do mnie :-). Pozdrawiam.